Czy chcesz być zdrowy?

Lucyna Seredyńska 23.03.2020

Posłuchaj:

To pytanie Jezusa skierowane do chromego człowieka przy sadzawce Betezda wydaje się nam zaskakujące w swojej oczywistości. Od 38 lat człowiek ten był niepełnosprawny. I czekał na cud. Czy możliwe jest, że on mógł nie chcieć być zdrowy? Ale po kolei, dlaczego w ogóle ta historia, dlaczego teraz?

W tym roku kobiety z Zimbabwe wybrały fragment z Ew. Jana 5:1-9 jako temat nabożeństwa z okazji Światowego Dnia Modlitwy. Przypadło mi w udziale przygotowanie kazania na to nabożeństwo odbywające się rokrocznie w marcu w wielu miastach na świecie, także i we Wrocławiu. Kiedy je wygłaszałam w Kamienicy pod Aniołami, nie przypuszczałam, że następnego dnia moja szkoła zostanie zamknięta z powodu podejrzenia choroby zakaźnej u jednego z uczniów (na szczęście niepotwierdzonej). Tym bardziej afrykańskie kobiety nie mogły wiedzieć, że rok wcześniej przygotowywana przez nie liturgia na rok 2020 wpisze się w nasze aktualne doświadczenia związane z pandemią koronawirusa. W tym roku temat zdrowia stanie się niewątpliwie tematem numer 1 na całym świecie. Ale wróćmy do naszej historii i przeczytajmy tekst biblijny:

Potem obchodzono żydowskie święto i Jezus udał się do Jerozolimy. A w Jerozolimie, przy Bramie Owczej, jest sadzawka zwana po hebrajsku Betezda. Otacza ją pięć portyków. W ich cieniu leżało mnóstwo chorych, niewidomych, ułomnych i sparaliżowanych, którzy czekali na poruszenie wody. Czasem bowiem anioł Pana zstępował do sadzawki i poruszał wodę. Kto więc po poruszeniu wody pierwszy do niej wstąpił, odzyskiwał zdrowie, niezależnie od tego, co mu dolegało. Wśród chorych był też pewien człowiek, złożony chorobą od trzydziestu ośmiu lat. Gdy Jezus go zobaczył i rozpoznał, że już długo niedomaga, zapytał: Czy chcesz być zdrowy? Chory odpowiedział: Panie, nie mam człowieka, który wrzuciłby mnie do sadzawki tuż po poruszeniu wody, a zanim ja sam dojdę, ktoś inny mnie uprzedza. Wówczas Jezus polecił: Wstań, zwiń swoje posłanie i zacznij chodzić. I chory natychmiast wyzdrowiał, złożył to, na czym leżał, i ruszył o własnych siłach. Tego właśnie dnia był szabat. (J 5:1-9)

To niezwykłe spotkanie ma miejsce przy sadzawce Betezda, która znajdowała się przy Bramie Owczej w Jerozolimie. W języku hebrajskim Bethesda oznacza „dom miłosierdzia”. Był to sporych rozmiarów zbiornik wody długości ok. 45 m. Wiemy, że zgromadzeni przy nim ludzie wierzyli, że kiedy poruszy się lustro wody, ten który w niej się zanurzy dozna łaski uzdrowienia. Niezależnie, na jaką cierpi chorobę, bo każda mogła być uleczona.

Gdyby dzisiaj było podobne miejsce na ziemi… Gdyby dzisiaj chorzy na COVID 19 mogli być tam dowiezieni…

Próbuję wyobrazić sobie, co się działo, gdy poruszała się woda. Z aktu miłosierdzia mogła skorzystać tylko ta osoba, która pierwsza się zanurzyła po poruszeniu wody. Czy ludzie robili korytarz życia dla tych najbardziej cierpiących, czy spieszyli by pomóc umierającym zanurzyć się jako pierwszym? A może rozpychali się łokciami, by samemu skorzystać z uzdrawiającego zjawiska?

Tak bardzo chcemy dziś być zdrowi, że wykupujemy w przesadzonych ilościach środki dezynfekujące, maski, mydło i rękawiczki lateksowe. Dziś przed Rossmanem niedaleko mojego domu ludzie zachowywali się w tak agresywny sposób, że sprzedawca wezwał na pomoc policję! To uświadamia mi, że wszyscy bierzemy udział w nieustającym wyścigu. Do lepszej edukacji, szybszego wejścia na rynek pracy, awansu społecznego, większych możliwości. Tak, jakby tylko ci najlepsi, najsprawniejsi mieli szansę na udane życie. Ale przecież by osiągnąć zdrowie i szczęście wcale nie trzeba być wszędzie najskuteczniejszym!

Przyjrzyjmy się mężczyźnie, który chciał być pierwszy w wyścigu do sadzawki. Od 38 lat czeka na cud. Wie, że on się zdarza, widzi uzdrowionych. Jest jednak zbyt powolny, gdy o własnych siłach próbuje dojść do wody. Jakże często i my doświadczamy czegoś podobnego. Patrzymy na to, jak inni są zawsze od nas szybsi i podobnie jak człowiek przy sadzawce zastanawiamy się, czy tym razem nam się uda, czy mamy jakąś szansę na zmianę swojego życia, choć tyle razy spotkał nas zawód?

Jest dzień szabatu. I oto nagle przychodzi Jezus i zadaje jedno pytanie. Pytanie trafia w punkt, bo odpowiedź na nie odkrywa głębszy problem, niż niesprawne nogi. Sparaliżowany mówi: „Nie mam człowieka, który by mnie zaniósł…” To jest jego główny problem: brak relacji w życiu. Niepełnosprawność i choroba mogą być mniej dolegliwe niż samotność. Tej zaś często towarzyszy rezygnacja i brak wiary, że coś się może w naszej sytuacji zmienić. Więc kiedy Jezus zadaje pytanie: „Czy chcesz być zdrowy?”, Jego pytanie wychodzi poza ramy zdrowia fizycznego. To zawołanie do całego człowieka, nie tylko do jego ciała, ale i jego serca, jego duszy i ducha.

Odpowiedź na nie angażuje naszą wolę, wymaga decyzji. Być może trzeba porzucić to, co znane, bezpieczne, oswojone a wziąć to, co nowe, ryzykowne, nieprzewidywalne, nieznane. Jezus mówi do mężczyzny „Wstań, weź swoje posłanie, weź swoją matę i chodź!”. Po pierwsze: „Wstań!”. To nie takie proste wstać z pozycji leżącej, z której nie możemy zbyt wiele zobaczyć i zrobić. Jezus wzywa więc tego człowieka do zmiany perspektywy. Do wyprostowania się i nawiązania kontaktu wzrokowego z ludźmi wokół. Wtedy nawet może okazać się, że to on zdolny jest komuś pomóc.

Jezus mówi dalej „Weź swoją matę”. To posłanie, na którym leżał mężczyzna to był jego dom, jego przestrzeń życiowa. I teraz ma je zwinąć i wziąć ze sobą. Nie będzie więcej prosił o jałmużnę, ani użalał się nad swoim losem. Jezus stwarzając temu mężczyźnie nową szansę, chce odmienić całkowicie jego życie i nadać mu nowy sens. Ale pokazuje mu też, że i on musi współdziałać w tej przemianie. „Wziąć swoją matę” wyraża decyzję: nie chcę dalej czekać. Nie chcę biernie przyglądać się wodzie i innym ludziom, zazdrościć tym, którzy byli szybsi ode mnie i myśleć o sobie, że jestem nic nie wart.

To cudowne, że Jezus nie uzdrawia ludzi tylko po to, by oni byli zdrowi. Za każdym razem wraz z Bożym uzdrowieniem przychodzi powołanie do nowego życia. Kiedy Jezus spotkał się z Samarytanką, uleczył ją ze wstydu z powodu grzechu i napełnił ją odwagą, tak że mogła całej wiosce złożyć o Nim świadectwo. Gdy Jezus uleczył z gorączki teściową Piotra, to po to by mogła wrócić do swojej służby w domu i wspólnocie wierzących. Kiedy z Marii Magdaleny wypędził demony, powołał ją na swoją uczennicę, która będzie towarzyszyć Mu aż do Jego śmierci, podczas gdy inni apostołowie pokonani przez strach rozproszą się. I tak jest za każdym razem – Jego uzdrowienie ma zawsze jakiś głębszy sens.

Człowiek z naszej historii wstaje i bierze swoją matę. Ale czeka go jeszcze jeden krok wiary. Można wstać, można chcieć skończyć ze starym życiem, ale można nie ruszyć się z miejsca albo pójść w niewłaściwym kierunku. Dalej tkwić w stagnacji, dalej myśleć utartymi schematami, dalej wybierać strefę komfortu i nigdy nie zdecydować się na fascynującą podróż wiary, podróż za Jezusem.

Ten człowiek wstaje, bierze swoją matę i idzie. Dokąd? Idzie do synagogi. Jest sabat. Wszyscy wiedzą, że był chromy a teraz chodzi, pytają go, kto go uzdrowił. Ale on nie wie Kim jest jego dobroczyńca. Jak można zaufać komuś, kogo się nie zna?

Potem, gdy Jezus spotkał go w świątyni, powiedział: Oto wyzdrowiałeś; nie grzesz więcej, aby nie stało ci się coś gorszego. Wtedy ten człowiek odszedł i powiadomił Żydów, że to Jezus przywrócił mu zdrowie. (J. 5:14-15)

Jezus odnajduje więc tego człowieka i pozwala mu się poznać, a na końcu zostawia mu ostrzeżenie, które najchętniej pominęlibyśmy w opisie z Ew. Jana. Bo to zdanie nie pasuje nam do historii z happy endem. Poza tym nie przepadamy za tym, by w chorobie upatrywać konsekwencji grzesznego życia. Raczej wolimy tę narrację, gdy Jezus mówi po uzdrowieniu niewidomego od urodzenia człowieka, że to ani on ani jego rodzice nie zgrzeszyli, lecz to wszystko po to, by Boże dzieła były widoczne. Ale tym razem Jezus wypowiada jednoznaczny przekaz mężczyźnie, którego uzdrowił: „Nie grzesz, by ci się coś gorszego nie stało”. O co Mu chodziło? Co mogło być dla niego gorsze niż niepełnosprawność? Ten człowiek tak bardzo potrzebował bliskości ludzi w swoim życiu, ale okazuje się, że jeszcze bardziej potrzebował bliskości Boga!

Wielu z nas wyznaje ten rodzaj współczesnego ateizmu polegający na wierze w swoją samowystarczalność, niezależność od Bożej łaski. Liczymy na własną inteligencję, przedsiębiorczość i zaradność, ponadprzeciętną pamięć. Może tak jest w twoim życiu. A może liczysz na pomoc ludzi, bo do Boga wstyd Ci przyjść po tym, co zrobiłeś?

To prawda, jesteśmy częścią ludzkiej wspólnoty, wiąże nas nić solidarności i bez przynależności do grupy czujemy się niepotrzebni, wyobcowani, nieużyteczni. Ale my potrzebujemy czegoś więcej niż tylko siebie nawzajem. Relacje między ludźmi są ważne, ale one nie zaspokoją naszych najgłębszych potrzeb. Te zaspokoić może tylko Jezus. Nie zrobi tego człowiek, nawet ten najbardziej nas kochający. Dziś Jezus zadaje nam pytanie: Czy chcesz być zdrowa? Czy chcesz być zdrowy? A pytając o to sięga głębiej zachęcając nas do refleksji, co tak naprawdę kryje za tym pragnieniem. Po co chcesz mieć zdrowie i czym ono jest? Bo, jak poucza nas ten tekst, zdrowie to nie tylko wymiar fizyczny, bez dolegliwości, bez zagrożenia wirusami i patogenami.

Czy tak samo, jak obawiasz się koronawirusa i choroby, którą przynosi, boisz się grzechu i jego konsekwencji w tym życiu i w wieczności? Jeśli tak, to Jezus mówi dziś: Nie bój się! Grzech twój został zgładzony, cena za niego zapłacona. Wolność od wirusa śmierci da ci wiara w Zmartwychwstałego Pana, który pokonał wielki ludzki problem na Krzyżu.

A może należysz do Ukrzyżowanego, ale zapragnąłeś popróbować innych dróg zwiedziony przez księcia kłamstwa? I do Ciebie Jezus dziś mówi: „Wstań, weź swoją matę i chodź!

Wróć do Pana! Z Nim dasz radę uporać się z każdym problemem!

Lucyna Seredyńska


<< Aktualności